czwartek, 24 grudnia 2015

Gonimy statystyki... na czworakach!

Dawno, dawno temu, na samym początku mej macierzyńskiej przygody zafrasowana co i rusz szukałam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania w stylu "czy to normalne?". Podręczników "obsługi dzieci" posiadam niby kilka, ale żaden nie opisywał złośliwie mojej Dzieciny. Teraz już wiem, że pojęcie normy w niemowlęcym świecie  wprowadza tylko większy rozgardiasz, tak jakby i bez tego było go mało.
Nie ma bowiem gorszej rzeczy niż niekończące się porównywania. Bo przecież w poszukiwaniu normy skazujemy te nasze Dziecięcia na notoryczne porównywania z innymi dziecięcymi punktami odniesienia.

W naszej rodzinie tak się zdarzyło, że we trzy postanowiłyśmy zajść w ten błogosławiony stan niemalże w tym samym czasie i się zaczęło... Począwszy od wielkości brzucha a skończywszy na... no właśnie. Na niczym się nie skończyło bo to trwa nadal. Trzy różne dziewczynki, sześcioro zupełnie różnych rodziców, różny start (jedna urodzona o czasie, jedna jako wcześniak, a trzecia znacząco po terminie) a porównaniom nie ma końca. Style wychowawcze, preferencje kulinarne, rytmy dobowe... z tym dziwnym naciskiem na rozwój motoryczny w tle.

I nareszcie stało się. Dziecię nasze raczkuje. Co pomogło? Nie pomaganie! Ja z tych krnąbrnych matek jestem, co gdy ktoś próbuje usilnie pomagać mej Dziecinie (czyt. wyręczać) warczę, obrzucam wzrokiem stanowczym i trwam w tym do upadłego. Nawet gdy w środku tam trochę przykro i ciężko, i chętnie bym poryczała to na zewnątrz twardo się trzymam. I tak przetrwaliśmy wprowadzenie BLW (o którym na pewno jeszcze więcej kiedyś napiszę), samodzielne zabawy na podłodze, spanie rodzinne, noszenie, gdy zęby idą , karmienie 15 razy w nocy i usypianie bez smoka paskudnego. I dumna jestem z tej Naszej Dzieciny niezmiennie. Nie dlatego, że zaczęła raczkować. Dumna jestem, bo sięga coraz pewniej po zdobycze rozwojowe, a przede wszystkim w czasie gdy jest na to gotowa. Z nas też dumna jestem, bo przy niej dzielnie trwamy wspierając ją w tym i starając się nie przeszkadzać.
Temat chcąc nie chcąc stał się nam bliski więc przez jakiś czas go zgłębiałam i starałam się podsuwać Córze do wypróbowania różne motywatory. Niby nic nadzwyczajnego, ale warte wypróbowania w celu rozwoju motoryki nie tylko dużej, ale i małej,  a także ogólnie rozwoju psychoruchowego naszej Pociechy.

Przede wszystkim to najpierw odpowiem na pytanie o co tyle hałasu. Fakt, że rówieśniczki już dają na czworakach tylko trochę miał na to wpływ. Przede wszystkim to o naprzemienny schemat przemieszczania się rozchodzi, czyli prawa ręka-lewa noga, lewa ręka-prawa noga. Za nami już czas gdy uważało się, że dziecko może ale nie musi raczkować (a właściwie czworakować ;) ). Dziś specjaliści są zgodni co do tego, że naprzemienny schemat przemieszczania się jest bardzo istotny dla rozwoju mózgu, ponieważ komunikuje ze sobą obydwie półkule mózgowe. Co za tym idzie, dla rozwoju umiejętności uczenia się (praca obu oczu i uszu). Dziś już wiemy, że dzieci nie raczkujące mogą mieć w przyszłości trudności z integracją sensoryczną oraz nauką pisania i czytania.

Czworakowanie to również przygotowanie do chodzenia. Pełzanie i raczkowanie powinno nastąpić zanim dziecko zacznie chodzić, ponieważ pozytywnie wpływa na gibkość kręgosłupa i tym samym przygotowuje organizm mięśniowo i szkieletowo do swobodnego chodu. No właśnie, bo mimo spotkanych różnych zdań to odniosłam wrażenie, że dobrze by było, aby dziecko raczkowało bądź pełzało. Nie ma konieczności aby obie te czynności były udziałem naszych Pociech.

Dla mnie osobiście raczkowanie jest istotne jako informacja o tym, że moja Pociecha jest wystarczająco ciekawa siebie i świata, bo to jest tak naprawdę jedynym motywatorem do przemieszczania się. Dzięki temu kształtuje się poczucie sprawczości, chęci działania i możliwości osiągnięcia celu. Tak więc zachęcanie do podjęcia tej aktywności jest dobrze widziane.

1. Pierwsza rada z jaką się spotkałam dotyczy wspólnej płaszczyzny działania, czyli schodzimy do parteru ;) Dokładniej rzecz ujmując przenosimy część aktywności (czym więcej tym lepiej) do poziomu dziecka - na podłogę. Oczywiście naszemu dziecku też umożliwiamy spędzanie na niej jak najwięcej czasu. Polecam również zabawy podłogowe.

2.  Przyjazne podłoże. No i tu my mieliśmy problem bowiem ukochaliśmy (jak to moja mama mawia) łyse podłogi, czyli panele. Córa ma matę, ale nie oszukujmy się, siedzenie na niej a tym bardziej ograniczanie się podczas zabaw trąca wychowaniem kocykowym. Może być ona bazą do startu, ale nie łudźmy się, że nasza Dziecina to właśnie na niej będzie uskuteczniała swoje wysiłki. Nam z pomocą przyszła podłoga moich rodziców (z dywanem). Wydaje mi się, że tam nasze Dziecię nabierało pewności w swoich ćwiczeniach. Achh. No nie tylko. Idealnym miejscem do ćwiczeń okazało się też nasze łóżko.

3. Wygodny strój. U nas królują od samego leginsiaki wszelkiej maści i to je będę tu zachwalać. Pomogło też odstawienie na kilka godzin dziennie wielorazówek - pomimo mej wielkiej miłości do nich, miałam wrażenie, że mimo wszystko trochę ograniczają Córę, no ale może to tylko moje wrażenie.

4. Kolorowe, mobilne "zabawki". Te bardziej jak mniej zabawkowe. Nie ma to bowiem jak miski, którymi można szurać po podłodze, albo silikonowe foremki na czekoladki ;) Z tych bardziej zabawkowych polecamy:




Zapomniałabym! Polecamy też kota. Może trochę kłopotliwy w utrzymaniu ale wynagradza mruczeniem i mizianiem ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz